Gdzie Jutro

Hobo Sapiens

Gatunek ten na świecie pojawił się dopiero pod koniec XIX wieku. Po raz pierwszy zaobserwowano go w Stanach Zjednoczonych. Charakteryzował się wyprostowaną postawą, dwunożnością i… włóczęgostwem. Posiadał też własny język. Kim był hobo?

Po wojnie secesyjnej (1861–1865) Ameryka znalazła się w głębokim kryzysie gospodarczym i moralnym. Ludziom przyszło mierzyć się nie tylko z biedą i głodem, lecz także z wieloma traumami i zadrami na psychice.

W ciągu kilku lat nastąpił w USA kolejowy boom. Poprowadzono i położono ponad 50.000 kilometrów nowych torów.

I to właśnie (powojenny kryzys + kolejowa rewolucja) są okoliczności, w jakich pojawił się hobo. Kim zatem był?

Według niektórych, w tym często samych zainteresowanych – faktycznym budowniczym XX-wiecznej potęgi USA. Zdaniem innych – kwintesencją amerykańskiego ducha wolności. Pozostali widzą w nim zwyczajnego bezdomnego. Prawda zaś jest taka, że był tym wszystkim po trochu. A nawet kimś więcej. Dziś pozostaje zaledwie legendą.


Hobo – czyli kto?
Hobo czyli wędrowny, najczęściej bezdomny, pracownik – włóczący się za chlebem po Ameryce. Od stanu do stanu, od pracy do pracy.

Skąd właśnie taka nazwa? Istnieje kilka etymologicznych tropów w tej kwestii. Pierwszy z nich mówi, że termin hobo wywodzi się z łaciny. Homo bonus oznacza ni mniej, ni więcej jak „dobry człowiek”. Drugie rozwiązanie jest równie ciekawe i wiąże się ze wspomnianą już wojną secesyjną. Żołnierze zeń wracający, na pytanie, dokąd zmierzają, mieli odpowiadać: „homeward bound” („do domu”). Do tego wątku jeszcze wrócimy.

Trzecim wyjaśnieniem genezy hobo jest… motyka. Część badaczy twierdzi, iż słowo to odnosi się do XVIII-wiecznego określenia wędrownych robotników rolnych („hoe boy”). Ostatni trop sugeruje francuskie korzenie tytułowego włóczęgi. „Haut beaux” w wolnym tłumaczeniu oznacza przystojniaka.


Czy hobo przegrał życie i dlatego był hobo?
Czasem mogłoby się tak wydawać. Jednak powodów, dla których człowiek stawał się „włóczęgą” było całe mnóstwo.

Hobo najczęściej wywodzili się z klasy średniej. Podobnie jak ich rodzice byli prostymi ludźmi; robotnikami. Decyzję o porzuceniu statecznego życia podejmowali głównie z przyczyn ekonomicznych. Bieda zaglądająca w oczy – z powodu utraty pracy, długów hazardowych czy zbyt bliskiej relacji z gorzałką – przez lata stanowiła podstawowy czynnik, dla którego amerykańscy mężczyźni zmieniali się w nomadów. (O roli kobiet w życiu hobo będzie jeszcze mowa.)

Nie tylko bankructwo stało za decyzją o podjęciu włóczęgowskiego trybu życia. Dla części hobo stanowił on ucieczkę przed sądem, policją i innymi problemami natury osobistej. Będąc koczownikiem, łatwiej było zatrzeć za sobą ślady. Gwarantem tego była duża anonimowość wewnątrz hobo środowiska.

Wreszcie młodych, i nie tylko młodych, mężczyzn pociągała wizja przygody i wolności oraz przekonanie, że gdzieś przy torach leży lepsze życie.

Hobo w przeważającej mierze byli oczywiście Amerykanami, ale na początku XX wieku wśród nich spotkać można było także trochę Włochów, Polaków, Niemców, Skandynawów i Rosjan.


Wolność jest moim jedynym Bogiem
Zostało powiedziane, że to warunki bytowe stanowiły najważniejszy powód zostania amerykańskim włóczęgą. Rzeczywiście dla zdecydowanej większości był to desperacki ruch. Wielu było jednak takich, którym „ślinka ciekła” na myśl o romantycznej przygodzie, niebezpieczeństwie i, co najbardziej apetyczne, wolności.

Starzy hobo po latach z rozrzewnieniem wspominali, jak to było nie spać w łóżku przez pięćdziesiąt lat, a mimo to budzić respekt, szacunek i być podziwianym przez społeczeństwo. Niektórzy twierdzili nawet, prawdopodobnie nieświadomie parafrazując słowa Księgi Rodzaju, że były czasy, gdy duch włóczęgi unosił się nad torami.

Przenikał hobo niemal w każdym momencie życia. Tory kolejowe znajdowały się bowiem w jego ścisłym centrum. (Dlaczego? – o tym za chwilę.) Dla wielu pociągającą perspektywą była samotna tułaczka pod ogromnym niebem dzikiej i bezwzględnej Ameryki. Absolutna niezależność i samowystarczalność. Poczucie życia bardziej zgodnego z naturą. Wolność.

To także tęsknota za braterską wspólnotą. Część badaczy twierdzi, iż „ruch” hobo był jednym z przejawów sprzeciwu wobec kwitnącego wówczas w Stanach kapitalizmu.

Włóczęgowska brać siadywała nieraz przy ogniskach w swoich obozach (będzie jeszcze o nich mowa), pałaszowała wspólny gulasz i, patrząc w gwiazdy, słuchała o swoich przygodach w poezji i pieśni. Łączyła ich żądza wędrowania, ciągłej zmiany otoczenia, nieustannego bycia w ruchu. Ale lubili też usiąść i przypomnieć sobie, że żyją w wolnym kraju – wolnych ludzi.


Naturalne środowisko „hobo sapiens”
Era włóczęgi narodziła się wraz z koleją i szybko rozwijającymi się gałęziami przemysłu, do których przyniosła życie. Pod koniec XIX wieku stalowe ramiona kolei objęły niemal całe Stany Zjednoczone. Ponad 300.000 kilometrów torów przecinało USA.

Jak pamiętamy, pierwsza generacja hobo wywodziła się jeszcze z czasów wojny secesyjnej. Po latach walk wielu ludzi pokój uznało za czas niepewny. Zahartowani, przyzwyczajeni do wędrówek, a jednocześnie wykorzenieni ze swoich rodzinnych stron i wymęczeni psychicznie – nie potrafili wrócić do normalnego życia. Kontynuowali zatem życie „banity”, imając się najróżniejszych dorywczych prac.

Hobo znajdowali zatrudnienie m. in. w takich zawodach jak: górnik, drwal, budowniczy mostów, kopacz tuneli. Rąbali drewno, zbierali śmieci, oskórowali zwierzęta. Byli, co zawsze z dumą podkreślali i co odróżniało ich od pozostałych włóczęgów, mężczyznami pracującymi – żadnej pracy się nie bali.

Tory kolejowe były naturalnym środowiskiem hobo. Przede wszystkim dlatego, że zawsze dokądś prowadziły. (W przypadku hobo mówiło się, że wszystkie tory prowadzą do Chicago. Wyjaśnię za chwilę dlaczego.) Inną kwestią jest, iż w wielu poszukiwaczach przygód pociągi budziły prawdziwy respekt. Zwłaszcza na początku były dla nich zjawiskiem niemal mistycznym, wręcz magicznym.

Hobo czaili się na przejeżdżające pociągi i wskakiwali na nie. Następnie spędzali tam lwią część życia. Często przemierzali setki kilometrów bez przystanków, by potem wysiąść w zupełnie nieznanym sobie miejscu i wszystko zacząć od nowa.

Długie były noce, w które wraz z pociągiem toczyli się po cichych preriach; leżąc na dachu lub niepewnie trzymając się drążków hamulcowych „pod pokładem” i walcząc z siłą zakrętów.

Zdarzały się jednak tragedie. Wystarczyło zrobić jeden fałszywy krok, wykonać jeden niewłaściwy skok lub zasnąć w nieodpowiednim momencie. Hobo nieraz musieli oglądać leżące wzdłuż torów martwe ciała swoich kolegów po fachu.

Kolej była zarówno wrogiem jak i przyjacielem hobo. Można powiedzieć, że dawała włóczęgom życie. Przypominała jednak czasem brutalnie, jak szybko i boleśnie potrafi je odebrać. Tysiące osób ginęło na torach, setki ulegało zaś poważnym wypadkom.


Dżungla
Podreperować siły mogli hobo w swoich obozach, zwanych slangowo „hobo jungles” (nazwa pochodzi prawdopodobnie od otaczających je chwastów i zarośli). Pobyt w obozie wpływał pozytywnie zresztą nie tylko na zdrowie fizyczne. Mimo, iż odbiór społeczny amerykańskich włóczęgów nie był nigdy jednoznacznie zły (do tego jeszcze przejdziemy), wśród swoich mogli poczuć się jak pełnoprawni członkowie społeczności.

To właśnie w dżunglach hobo znaleźli ulotne poczucie więzi społecznej. Obóz zlokalizowany był zwykle na obrzeżach miasta, w pobliżu bieżącej wody i torów. Pełnił funkcję pubu, restauracji, hotelu, miejsca spotkań literackich i centrum informacyjnego.

Włóczędzy, popijając piwo, przygotowywali obiad (z tego co dostali, wyżebrali, ukradli, znaleźli, zebrali lub upolowali). Snuli opowieści o tym, co ich spotkało w drodze. Podobno dużo żartowali i wygłupiali się. Każdy nowy podróżnik, jeśli tylko mógł, ofiarował drewno na ognisko i dorzucał coś do garnka.

Wieczorami hobo gawędzili. O czym? Oczywiście o życiu hobo – tym prawdziwym, ale także tym wymarzonym. Opowiadali o pobytach w więzieniach, o ucieczkach przed gangami, a nawet o sytuacji politycznej kraju (wielu hobo miało spore pojęcie na temat bieżących wydarzeń; czytali gazety, byli obeznani, mieli własny pogląd na wiele spraw i chętnie dyskutowali). Do tego wszystkiego dorzucali odrobinę sprośnego humoru.

Sprzedawali sobie również różne patenty, jak na przykład ten, by w miarę możliwości unikać południa, bo można być tam poszczutym psami. Radzili unikać proszenia o pieniądze czy jedzenie cudzoziemców, za to wybierać robotników i nędznie wyglądających mężczyzn.

Zdaniem hobo weteranów najbardziej szczodre były prostytutki. Uważali, że chętnie wykorzystują okazję, by odpokutować za swoje grzechy hojnością. Twierdzili także, iż, wbrew powszechnemu przekonaniu, panie lekkich obyczajów są nieco sentymentalne.

Należało unikać duchownych protestanckich, za to żyć w dobrej komitywie z katolickimi siostrami zakonnymi.

Po którymś łyku wódki przy ognisku budzili się „hobo-Homerzy”. Ku uciesze pozostałych puszczali wodze fantazji i snuli fantastyczne opowieści o… kobietach. Ujednolicona wersja najczęściej powtarzanych przez nich historii brzmiała mniej więcej tak: włóczęga wyskakuje z pociągu i udaje się do miasta. Puka do pierwszych drzwi, a te otwiera atrakcyjna pani domu i zaprasza go do środka. Męża akurat nie ma w domu. Hobo dostaje najsmaczniejszy obiad, jaki w życiu jadł. Potem kobieta proponuje mu wzięcie gorącej kąpieli, nowy garnitur i siebie na deser. Po wszystkim ostrzega go, by nigdy już tu nie wracał, bo jej mąż zastrzeli go jak psa. Hobo żegna się więc dzielnie, wyskakuje przez okno i rusza na spotkanie kolejnych przygód i kolejnych kobiet.


Kobiety w życiu hobo
Skoro jesteśmy przy kobietach, warto powiedzieć kilka słów. Zdarzało się, że hobo z przedstawicielkami płci pięknej kontaktu nie mieli przez kilka miesięcy. Działo się tak, ponieważ bardzo często pracowali oni nie tylko z dala od kobiet, ale w ogóle z dala od większych osad ludzkich i cywilizacji jako takiej.

Hobo kobiet nie było wiele. Trudno jednak określić dokładną ich liczbę z kilku powodów. Po pierwsze nie wiadomo, ilu było wszystkich hobo. Problem bezdomności nie był jeszcze zauważony i nazwany na przełomie XIX i XX wieku, a nawet jeszcze w latach 20-tych i 30-tych. Współczesne statystyki wskazują jednak najczęściej, iż dotyka on głównie męską część społeczeństwa (70-80% bezdomnych to mężczyźni). Z badań nad bezdomnością w USA przeprowadzonych w 1999 roku wynika, iż w roku 1935 2-3% wędrujących pracowników stanowiły kobiety.

Trudności w badaniu hobo kobiet nastręcza również fakt, iż ubierały się one jak mężczyźni. Te, które decydowały się na życie włóczęgi, często udawały facetów i nosiły męskie ubrania, ponieważ samotną kobietę wędrującą po ulicach uznawano najczęściej z góry za prostytutkę.

Jaką zatem rolę w życiu hobo odgrywały kobiety? Zasadniczo były albo kochankami albo mamami i ciociami. Co to znaczy? Korzystanie z usług prostytutek było powszechną praktyką wśród hobo. Równie często byli gośćmi tanich teatrów, w których młode biedne dziewczyny prezentowały im swoje wdzięki. Zdarzało się także, że związywali się z kobietami bardziej na stałe. Zwykle jednak przywiązywali się do nich równie mocno jak do prac, które wykonywali w okolicy.

Mamy i ciocie to natomiast określenia, jakimi hobo pieszczotliwie obdarzali niektóre kobiety z dobrym sercem, które wspomagały ich od czasu do czasu noclegiem lub obiadem. Były to często starsze samotne panie.

W tym miejscu warto wspomnieć o jeszcze jednej stronie seksualnego życia hobo. Nels Anderson – socjolog badający tę tematykę w latach 20-tych XX wieku twierdził, że praktyki homoseksualne wśród bezdomnych mężczyzn są czymś powszechnym, szczególnie zaś wśród hobo. Zaznaczał jednak, iż homoseksualizm nie jest bardziej powszechny wśród włóczęgów niż wśród innych grup jednopłciowych. Podobna sytuacja panować miała w więzieniach, w marynarce wojennej oraz, choć w nieco mniejszym stopniu, w armii.


Kończąc temat dżungli, trzeba powiedzieć, że była zwykle bardzo praktycznie urządzona. Stare wyrzucone puszki robiły za naczynia. Gałęzie stawały się sznurkami do suszenia wypranej bielizny.

Obowiązywały też pewne zasady. Zachowanie regulowane  było swego rodzaju niepisanym kodeksem. Przestępstwa takie jak kradzież, marnowanie jedzenia, niszczenie „wyposażenia” i zostawianie brudnych naczyń były karane wydaleniem, przymusową pracą lub spuszczeniem manta. (Wbrew pozorom hobo dbali o czystość i higienę. Naczynia czyścili piaskiem i wodą, a kawałkami zbitych butelek się golili.)


Hobby hobo
Hobo wydawali swoje gazety, mieli własną szkołę, a ich stolicą było Chicago.

Prasa włóczęgów to chyba ewenement na skalę światową. „Hobo News” (rok założenia: 1913) było miesięcznikiem. 16 stron rozprowadzane przez ulicznych sprzedawców kosztowało kilka centów. U szczytu popularności tytuł osiągnął nakład 20.000 egzemplarzy. Slogan gazety brzmiał: „O hobo, przez hobo, dla hobo”. Treści obejmowały wiersze, eseje, dzienniki podróży i artykuły o życiu i wiedzy włóczęgów, a także wiadomości o pracy i bezrobociu.

Równie fantastycznym pomysłem był Hobo College. W Chicago w 1908 roku niejaki Ben Reitman, lekarz i anarchista, założył „szkołę włóczęgów”. Hobo wymieniali się tam doświadczeniami oraz słuchali wykładów na temat… wszystkiego; od filozofii i polityki, po higienę osobistą i przepisy dotyczące włóczęgostwa. Przez prawie trzydzieści lat „hobo szkoła” zapewniała tym mężczyznom edukację i kultywowała między nimi ducha braterstwa.

Wszystko to stanowiło solidne fundamenty hobo kultury.

Żadne amerykańskie miasto nie było tak bliskie sercom hobo jak Chicago. Stanowiło w końcu ważne centrum gigantycznej sieci kolejowej. Co roku w latach 20-tych i 30-tych przez stolicę włóczęgów przewijało się od 300.000 do 500.000 bezdomnych mężczyzn.

Nigdzie indziej amerykańscy włóczędzy nie znajdowali bardziej kompleksowej opieki i obsługi. Znajdowało się tam wiele tanich restauracji i pensjonatów. Działały sklepy z używaną odzieżą. Pomoc niosły też liczne organizacje charytatywne; schroniska i misje. Hobo mogli liczyć tam na ciepłą kawę, trochę jedzenia i miejsce do spania. Niektórzy oferowali im nawet odwszawianie.

Ale oprócz narzędzi do zaspokojenia podstawowych potrzeb hobo (żywność, schronienie i odzież) Chicago posiadało też wiele pułapek. Włóczędzy, którzy w miastach pojawiali się masowo głównie zimą, mogli łatwo stracić z trudem zarobione pieniądze. Czyhały na nich pokusy w postaci prostytutek i barów oraz zagrożenia w postaci złodziejstwa i narkotyków.


Język „hobo sapiens”
Hobo przez lata wypracowali cały system znaków i symboli, za pomocą których porozumiewali się ze sobą. W zasadzie stanowiło to rodzaj szyfru. Dla niewtajemniczonych w włóczęgowskie arkana nie znaczył nic ponad niezrozumiałe  bazgroły.

Hobo rysowali owe znaki na murach, ścianach i płotach. Był to wyraz solidarności z resztą społeczności. Informacje bowiem, jakie przekazywali sobie za pomocą tajemnych symboli, dotyczyły konkretnych i praktycznych wskazówek. Najczęściej znaczyli w ten sposób domy, do których zapukali z prośbą o pieniądze lub jedzenie i spotkali się z określoną reakcją.

Poszczególne znaki robiły także za drogowskazy.

Informowali swoich potencjalnych następców, jak najlepiej zachować się w danym miejscu; czy na przykład warto udawać bogobojną lub chorą osobę. Inne znaki świadczyły o tym, że w danym domu można liczyć na strawę w zamian za pracę, inne zaś o tym, że trzeba liczyć się z poszczuciem psami. Osobne symbole mówiły o tym, że dany dom zamieszkują chętne do figlowania damy, a jeszcze inne o tym, by dane miejsce omijać szerokim łukiem.


W oczach społeczeństwa
Wizerunek hobo w oczach Amerykanów nie był jednoznaczny. Część społeczeństwa widziała w nim buntownika i marzyciela przesiąkniętego duchem pionierstwa i dążącego do odrodzenia się tradycyjnego ideału surowego indywidualizmu. W innych budził negatywne odczucia. Był świadectwem porażki, pogrążania się w degradacji i dokładnym przeciwieństwem protestanckiej etyki sukcesu. Jeszcze inni widzieli w nim tragiczny symbol kapitalistycznego wyzysku.

Dla wielu Amerykanów powiększająca się (Wielki Kryzys z 1929 roku zasilił szeregi hobo wieloma młodymi chłopakami. Niektórzy mówią o nich: zagubione pokolenie, które szukało samego siebie.) armia włóczęgów była złowieszczą pasożytniczą masą budzącą niepokój. Gardzono nimi do tego stopnia, że odmawiano im często nawet szklanki wody. (W niektórych witrynach sklepów lub lokali można było uświadczyć tabliczki z napisami w rodzaju „Hobo nie obsługujemy. Wynocha!”)

Najwięksi sceptycy hobo widzieli w nich niemal faszystów.

Z jednej więc strony włóczęga spotykał się z obraźliwą kartką na drzwiach restauracji, z drugiej z zachwytem w oczach chłopców marzących o naśladowaniu swoich idoli i zostaniu hobo.

Wiele jednak osób, podobnie jak sami zainteresowani, odróżniało hobo od innych bezdomnych i żebraków. Dość przytoczyć dialog, który odbył się między pewną kobietą, a chłopcem – początkującym włóczęgą:

-Are you hungry, boy?
-Yes, ma’am, I’m hungry.
-Are you a bum or a hobo?
It was the first time he heard the question. He wasn’t sure what the difference was.
-I’ll work for something to eat – he mumbled.
-Then you’re a hobo, boy. Bums won’t work but hoboes will.

W ramach ciekawostki na koniec można przypomnieć, że sam Charlie Chaplin w filmie z 1914 roku wcielił się w rolę hobo.


Polski akcent
Temat polskich włóczęgów z pewnością nie jest tak dogłębnie przebadany jak ich amerykańscy koledzy po fachu. Nie można raczej mówić w przypadku naszej ojczyzny o wykształceniu się jakiejś włóczęgowskiej kultury. Niemniej jednak w jednej z przedwojennych gazet („Światowid”, 1929) można odszukać krótki artykuł o języku polskich włóczęgów, który wyraźnie koresponduje ze wspomnianym systemem znaków amerykańskich hobo.


Zapomniani
Epoka hobo wydaje się bardzo niedocenionym fragmentem amerykańskiej historii. Skala tego zjawiska oraz towarzyszące mu około-hobo wydarzenia (hobo-college, hobo-gazeta, a po latach hobo-zloty weteranów) najlepiej świadczą o tym, jak istotną częścią życia USA byli włóczędzy-pracownicy.

Niektórzy hobo ustatkowali się po latach. Niektórzy wydali wówczas nawet autobiografie. Z dużą dozą sentymentalizmu wspominali piękne czasy młodości.

Nie byli „zwykłymi bezdomnymi”. W dużej mierze stanowili dziwny rodzaj intelektualnej, a często nawet moralnej elity Ameryki – usadowionej na marginesie społecznym. Nad karierę osiągniętą w wyścigu szczurów przekładali wolność. Często płacili za nią najwyższą cenę. Jednak czego się nie robi dla Boga, prawda?


Zdjęcia:
zdjęcie nr 1: www.novosib-room.ru
zdjęcie nr 2: Wikipedia
zdjęcie nr 3: Bruns Roger A., Knights of the road: a hobo history, New York 1980, str. 32
zdjęcie nr 4: www.dailymail.co.uk
zdjęcie nr 5: www.american-rails.com
zdjęcie nr 6: www.vox.com
zdjęcie nr 7: www.outlawpoetry.com
zdjęcie nr 8: www.dailymail.co.uk
zdjęcie nr 9: www.imgur.com
zdjęcie nr 10: www.collectorsweekly.com
zdjęcie nr 11: www.digital.library.illinois.edu
zdjęcie nr 12, 13, 14, 15: St. Louis Public Library’s Digital Collections
zdjęcie nr 16, 17: www.dailymail.co.uk
zdjęcie nr 18: www.fineartamerica.com
zdjęcie nr 19: www.yourdestinationnow.com
zdjęcie nr 20: www.logodesignlove.com
zdjęcie nr 21: ?
zdjęcie nr 22: www.vox.com
zdjęcie nr 23: www.dailymail.co.uk
zdjęcie nr 24: Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa
zdjęcie nr 25: www.dailymail.co.uk

Bibliografia:
Anderson Nels, The hobo: the sociology of the homeless man, Chicago 1923

Black Jack, You can’t win, Edinburgh i San Francisco 2000

Bruns Roger A., Knights of the road: a hobo history, New York 1980

Uys Errol Lincoln, Riding the rails. Teenagers on the Move During the Great Depression, New York 1999

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Karolina
Karolina
4 miesięcy temu

Wow nigdy nie słyszałam o hobo sapiens. Bardzo ciekawa społeczność, a jakże zapomniana w obecnych czasach

Irek
Irek
4 miesięcy temu

Szalenie fajny tekst.
Choc do samego włóczęgostwa mam dość ambiwalentne podejście. Moim zdaniem gdy nie wynika ono z biedy to jest przejawem jakiś zaburzeń

Szlak Za Szlakiem
Szlak Za Szlakiem
4 miesięcy temu

Ciekawy wpis. Po raz kolejny dowiedziałam się tutaj czegoś nowego. A fakt, że jest to związane z historią jeszcze bardziej sprawia, że artykuł jest atrakcyjny.

Marcin
Marcin
4 miesięcy temu

Łał. Świetny artykuł. Mogłoby się wydawać, że włóczęga to włóczęga. Nigdy w ten sposób nie patrzyłem bezdomnych, który stworzyli Stany Zjednoczone. W życiu nie przypuszczałem, że wędrujący robotnicy mieli kodeksy, własną prasę, znaki itp.

August
August
3 miesięcy temu

Bardzo to ciekawe,nigdy wcześniej nie spotkałem się z określeniem Hobo.

Raczejtrampki
Raczejtrampki
1 miesiąc temu

Bardzo ciekawy tekst.

Opowieści z Podróży
Opowieści z Podróży
1 miesiąc temu

Ciekawy tekst! Można się dowiedzieć interesujących rzeczy!

Karolina z Rudeiczarne.pl
Karolina z Rudeiczarne.pl
1 miesiąc temu

Czytałam z zapartym tchem! Niezwykle ciekawy artykuł, dzięki!

8
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x