Gdzie Jutro

Zawsze, kiedy ruszysz przed siebie, spotka cię coś ciekawego

Rozmowa z Łukaszem Wierzbickim – o jego najnowszej książce, pt. Wokół świata na wariata

Czego uczy Pana najnowsza książka?
Tego, że trzeba być wiernym swoim marzeniom i nie poddawać się, nawet jeżeli coś nam nie wyjdzie. Przeszkody, które się pojawią, nie powinny nas zrażać i sprawiać, że zrezygnujemy z podjętego celu. Moim bohaterom – od samego początku do samego końca – ciągle coś się nie udaje. Nawet jeśli pozornie wszystko idzie zgodnie z planem, to zaraz okazuje się, że jest wprost przeciwnie.

Jest taka scena w mojej książce, kiedy bohaterowie budują osadę w dżungli i sami są zdziwieni, że… jest dobrze. Czekają więc na katastrofę. Są pewni, że zaraz wydarzy się coś, co zepsuje im plany. I faktycznie, katastrofa nadciąga.

Ta historia uczy również mnie, że wychodząc na spotkanie swoim marzeniom, nie zawsze będziemy mieli drogę usłaną różami. Może być wręcz odwrotnie! Ale to właśnie jest najpiękniejsze w naszej wędrówce. To właśnie te przygody i przeszkody czynią naszą podróż jeszcze bardziej fascynującą. Właśnie takiego uporu, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, uczą losy Leona i Tadeusza.


Czy podjąłby się Pan napisania książki, gdzie bohaterów byłoby więcej? Czy dwóch to już wystarczająca liczba?
Podobnie jak w Wokół świata na wariata, było w książce Machiną przez Chiny. Tam mieliśmy małżeństwo, czyli dwoje bohaterów. Książka pisana była z perspektywy kobiety. To nie było proste. Od początku byłem przekonany, że chcę opowiadać moje historie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a nie jako wszystkowidzący narrator (co może czasem ułatwiać sprawę, bo można opisywać również te rzeczy, których bohater nie widzi albo które dzieją się w innym miejscu). Aby moje książki były bardziej autentyczne, przyjąłem metodę opowiadania w pierwszej osobie i zawsze postrzegam przygody i świat oczyma któregoś z bohaterów.

Przyjmując taki sposób kreowania książkowego świata, liczba bohaterów nie ma znaczenia, bo to my – jako czytelnicy – jesteśmy jednym z nich. A nasz przyjaciel, partner, czy zwierzak, który nam towarzyszy, jest ekipą, z którą wspólnie przeżywamy przygody.

Dla mnie, jako autora, to nie jest łatwe, ponieważ muszę się wczuć w sylwetkę i osobowość danej postaci. Najtrudniejszym zadaniem było napisanie książki Ocean to pikuś, ponieważ bohater tej książki żył, a nawet był jej współautorem i recenzentem. Musiałem opowiedzieć, jako Olek Doba, o podróży kajakiem przez ocean. Pomógł mi sam bohater książki. Gdy poznałem jego rubaszne poczucie humoru, dystans do siebie oraz fascynację światem i oceanem, było dużo prościej. W książce Ocean to pikuś sytuacja jest odwrotna niż w Wokół świata na wariata, bo Olek jest tam sam, innych bohaterów praktycznie nie ma.

Liczba bohaterów w Wokół świata na wariata jest ogromna. Jest 60 rozdziałów, w każdym pojawiają się jakieś nowe postacie. Starałem się je ubarwić, żeby każda z nich mówiła nieco innym językiem i miała inne zachowania. Żeby nie było nudno.


Czy wykorzystanie gwary poznańskiej miało dla Pana wartość sentymentalną? Czy raczej edukacyjną?
Bardzo lubię gwarę poznańską. Staram się jej używać nawet na spotkaniach autorskich w innych częściach Polski. Obserwuję reakcję młodych czytelników. Wystarczy, że podczas prelekcji wtrącę słowo „tej” i od razu widzę, jak słuchacze się ożywiają. Niektórzy zastanawiają się, co to znaczy, inni się śmieją, ale zawsze jest to bardzo sympatyczne.

Chciałem wykorzystać fakt, że mam w książce dwóch bohaterów z Poznania. I wykorzystać te słówka, których nauczyli mnie moi dziadkowie, a które ja po prostu kocham. Byłem jakiś czas temu z wizytą w szkole w Poznaniu. Miałem ze sobą plecak, walizkę, książki, karton… – trzymałem coś w rękach. Jednocześnie do budynku wchodziła mama z dziewczynką. Kobieta powiedziała do córki: przepuść pana, bo zobacz, ile on tej gemeli niesie. To są momenty, które zostają w pamięci. Pomyślałem, dlaczego by nie przeprosić się z tą zapomnianą i mniej już używaną gwarą. Mam poczucie, że to ubarwia i ożywia książkę.

Podczas pisania książki Ocean to pikuś miałem ciekawą sytuację. Moja redaktorka Małgosia jest z Gdańska. Pewnego dnia powiedziała mi: Łukasz, napisałeś, że ptaki siedziały na kajaku zgęziałe. Nie ma takiego słowa! Odpowiedziałem: oczywiście, że jest! Moja babcia go używała. Ktoś siedzi zgęziały. Zdałem sobie sprawę, że słowa, z których my w Poznaniu korzystamy na co dzień, mogą być dla czytelnika spoza Wielkopolski czymś egzotycznym i ciekawym. Być może ktoś przyswoi choć jedno słówko i zacznie go używać.


Korzysta Pan z doświadczeń osób, które podróżowały jakiś czas temu, ale czy nie boi się Pan, że różnice pokoleniowe są albo będą wyczuwalne w Pana książkach?
Afryka Kazika ukazała się 15 lat temu. Mam 15 lat doświadczenia w kontakcie z młodym czytelnikiem i to, czego się nauczyłem, to fakt, że książka obroni się nawet jeśli sięga do epoki średniowiecza. Trzeba tylko spełnić kilka warunków, m.in. mieć ciekawą opowieść oraz ujmującego i intrygującego bohatera. Używam też kilku innych trików, np. piszę krótkie rozdziały. Zdaje sobie sprawę, że dziecko potrafi się skupić tylko przez chwilę. Sam mam dzieci, którym czytam książki. Jeżeli rozdział jest zbyt długi, dziecko traci zainteresowanie fabułą.

Wolę, żeby rozdziały były krótkie i żeby rodzic czy dziecko przeczytali je w całości, niż utknęli w połowie. Ważna jest również liczba ilustracji oraz autentyzm opowieści. Uważam, że to ostatnie jest dużym walorem moich książek.

Współczesne dzieci są przesycone wszechobecną fikcją, która otacza nas w bajkach, komiksach i filmach. Większość historii jest „nakręcona” do maksimum, wystrzałowa, wybuchowa, ale… wymyślona – nieprawdziwa. W moich książkach pojawiają się na przykład fotografie. I nagle okazuje się, że opisywany właśnie bohater żył naprawdę. I to działa! Prawdziwe historie mają wielką moc. Właśnie to w nich kocham! Jeżeli coś się wydarzyło naprawdę, np. Olek Doba przepłynął ocean, to ja też mogę wsiąść w kajak i to zrobić.

Latanie na miotle, czy walka z kosmitami na innej planecie nie jest możliwa do naśladowania. Prawdziwa historia, jak chociażby Afryka Kazika, to prosta opowieść o człowieku, który wziął stary rower i pojechał na koniec świata. Ona uczy tego, że wystarczy mieć stary rower. Nie trzeba mieć mocy Avengersów, czy magicznych zdolności Harry’ego Pottera. Wystarczy stary rower. Jest to lekcja, która płynie z moich książek i którą dzieci doceniają.


Zgodzi się Pan ze zdaniem, że czytanie książek to w pewien sposób podróżowanie?
Oczywiście! Nie każdy z nas chce być podróżnikiem. Nie każdy ma do tego predyspozycje. Książka pozwala nam przeżyć tę przygodę raz jeszcze. Wrócę do książki Ocean to pikuś. Olka zabrakło, zmarł w 2021 roku, ale dzięki książce o jego przygodach, tak jakby z nami został. Nie może nam opowiedzieć o tym jak było na oceanie, ale każdy z nas może otworzyć książkę i przeżyć tę przygodę jeszcze raz, pośmiać się, może wzruszyć.

Ta książka kończy się zdaniem: każdy z was któregoś dnia wyruszy w nieznane. Wspomnijcie wtedy moje przygody i to będzie tak, jakbyśmy wiosłowali razem. Uczyniłem Olka patronem każdego czytelnika tej książki i towarzyszem w poszukiwaniu marzeń. Olek, spełniając swoje, uczy nas, że my także możemy.


Czy pisanie książek dla dzieci i młodzieży jest Pana misją życiową?
Tworzyłem książki już w przedszkolu. Pierwszą jaką napisałem zatytułowana „Na dwa miecze” to był szesnastokartkowy zeszyt, wypełniony „pamperkami”, które ze sobą walczą. (Pamperek to chyba też poznańskie słowo! [śmiech])

To był 1980 rok. Dlaczego tworzyłem te książeczki? Nie wiem. Byłem szczęśliwy, mogąc zamienić pusty zeszyt w jakąś przygodową historię. Później zapomniałem o tej pasji, bo trzeba było iść do szkoły, na studia, a potem do pracy. Ale ten głos czasem się odzywał. Pamiętam taki moment w 2007 roku: czyli miałem 33 lata, gdy wpadłem na pomysł, żeby napisać książkę dla dzieci o Kazimierzu Nowaku.

Pierwszą moją myślą było: poszukam pisarza. Ale zaraz po niej odezwał się we mnie ten chłopczyk: Łukasz, przecież Ty to możesz zrobić, sam możesz spróbować. Pamiętam ten moment, bo nie mogłem z wrażenia usiedzieć na miejscu. Ta myśl, że mógłbym rzeczywiście napisać książkę, która znalazłaby swoich czytelników, nie dawała mi spokoju. Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak to zrobić i czy to może się rzeczywiście udać.

To dziecięce marzenie, które udało mi się zrealizować. Mam takie poczucie, że te nasze dziecięce pomysły na siebie i fascynacje są często najbardziej autentyczne, niż te, które przychodzą, gdy jesteśmy dorośli. W momencie, kiedy dorastamy, musimy podjąć decyzję, czym będziemy się zajmować w życiu. Ulegamy wtedy modom albo podejmujemy decyzje pragmatyczne. One chyba nie są tak prawdziwe i płynące prosto z serca, jak te dziecięce. Obserwujmy dzieci i pomagajmy im szukać tego, co na prawdę je interesuje, co je napędza.


Czy podróże skłaniają Pana do pisania czy raczej napisane książki inspirują do wyjazdów?
Nie pisałbym książek podróżniczych, gdybym sam w sercu nie był podróżnikiem. Kiedyś zastanawiałem się, czy by nie napisać kryminału. Doszedłem do wniosku, że źle bym się czuł, gdybym musiał zacząć swoją historię od zamordowania kogoś. Bo tak zazwyczaj zaczynają się kryminały. To nie moja bajka. Zawsze kochałem podróże. Choć niekoniecznie na koniec świata, niekoniecznie tak karkołomne jak moich bohaterów.

Zawsze wierzyłem, że podróż jest cudowną metodą, by poznać świat, by dowiedzieć się czegoś o sobie. Przekonać się, że – jak to powiedział jeden z bohaterów mojej książki – zawsze, kiedy ruszysz przed siebie, spotka cię coś ciekawego.

To są słowa, które usłyszałem od mojego kolegi, podczas mojej pierwszej wyprawy do Afryki, do Zimbabwe. Wędrowaliśmy przez góry Chimanimani. Byliśmy już zmęczeni. Bardzo chciałem iść już spać. Jurek namówił mnie na mały, wieczorny spacer, który… okazał się czymś absolutnie cudownym. Weszliśmy na przełęcz, zobaczyliśmy zachodzące słońce pomiędzy skałami. Wiatr szumiał, orły wrzeszczały gdzieś w górze. Powiedziałem mu wtedy: Jurku dzięki za ten spacer, nie zobaczyłbym tego wszystkiego, gdybym położył się spać. Jurek odpowiedział: Łukasz, tak jest zawsze. Gdy ruszysz przed sobie, spotka cię coś ciekawego. To zdanie stało się motywem przewodnim moich opowieści. Uczy jednocześnie, że nie chodzi wcale o to, żeby płynąć kajakiem przez ocean czy jechać rowerem przez Afrykę. Chodzi o to, by dosłownie ruszyć przez siebie. To jest zawsze początek jakiejś przygody. Wystarczy wstać z fotela i od razu zaczyna się coś dziać.


Czy robi Pan, podobnie jak bohaterowie Pana książek, notatki podczas wypraw?
Tak. Wykorzystuję je później w moich książkach. Takim przykładem jest książka Machiną przez Chiny. Halina siedzi gdzieś w dżungli na poboczu w Birmie, jej chłopak mocuje się z motocyklem, a ona pisze pamiętnik. Napisała w nim: przeczytałam tyle książek podróżniczych, a dopiero gdy sama ruszyłam w świat, przekonałam się, jaki jest piękny, jak trawa jest zielona, woda mokra, a niedźwiedź miły i puchaty.
A to jest zdanie, które ja zapisałem w górach Zimbabwe w Afryce: przygotowując się do wyjazdu, przeczytałem kilkanaście książek o Afryce, ale tak naprawdę nic mi one nie dały. Dopiero kiedy stanąłem w tych górach, przekonałem się jaki świat jest piękny, wielki.


Ale nie było niedźwiedzia?
[śmiech] Tego niedźwiedzia dodałem, tak jest! Na szczęście go nie spotkałem.


A czy są problemy, których boi się Pan poruszać w swoich książkach?
Usłyszałem niedawno opinię, że w moich książkach nie ma tematów tabu. Byłem nią zaskoczony. Być może chodzi o to, że piszę o śmierci w literaturze dla dzieci. To jest kwestia, o której na co dzień rodzice rzadko rozmawiają ze swoimi pociechami. W Wokół świata na wariata ten motyw pojawia się dwukrotnie. Bohaterowie muszą sobie z tymi sytuacjami poradzić. W książce Machiną przez Chiny bohaterka jest świadkiem pogrzebu. Wiem z recenzji, że rodzice czasami decydują się omijać takie fragmenty, żeby o śmierci dziecku nie mówić. Ja uważam, że trzeba o tym mówić. Jest to coś nieuchronnego.

Pisząc książkę Ocean to pikuś, zapytałem Olka wprost, czy jest wierzący. W jego relacjach z podróży nigdzie nie znalazłem wzmianki, żeby się modlił np. gdy się bał albo żeby unosił wzrok do góry, szukając wsparcia w niebiosach. Odpowiedział szczerze, że nie. I taki też jest jako bohater mojej książki. Gdyby było inaczej, uszanowałbym to. Gdyby pojawił się inny trudny temat to szukałbym sposobu, żeby go opisać, nawet jeśli byłby niewygodny i trudny. Taka jest moja rola.


Bardzo dziękuję Panu za rozmowę.
Ja również dziękuję, było mi bardzo miło.



Zdjęcie nr 1: z prywatnego archiwum Łukasza Wierzbickiego
Zdjęcie nr 2 i 3: materiały promocyjne

5 2 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x